Pożegnanie z Boliwią

Do Tupizy jedziemy pociągiem, który początkowo pruje przez skalną pustynię. Mimo nocy piasek bucha przez otwory wentylacyjne i po kilkunastu minutach pył jest wszędzie, mimo zabiegów konduktora, który co pół godziny myje podłogę na mokro (oby konduktorzy w PKP wiedzieli do czego służy miotła i szmata!). Zasypiamy z kocami na twarzy, próbując oddychać w miarę czystym powietrzem. Budzi nas melodia z filmu Titanic, grana przez fletnię pana. To właśnie konduktor włączył płytę „najpiękniejsze melodie na fletnię pana”. Po Titanicu mamy „Yesterday” Beatelsow, no i Sinatrę i melodie z Robin Hooda. Komiczne, acz urocze. Tymczasem za oknem krajobraz się zmienia: zjeżdżamy w dół niesamowicie pięknym wąwozem, ściany czerwonych skał piętrzą się dookoła. Wegetacja jest bardzo uboga; kaktusy, drobne trawki, drzewka eukaliptusowe. Wody też pewnie mało; jedziemy dosłownie wyschniętym korytem rzeki. Dojeżdżamy do Tupizy.

Alturysta_tUP2

Po prawie miesięcznej tułaczce po Boliwii to miasto wydaje się najbardziej urokliwe, w sam raz na dwudniowy odpoczynek. Sama miejscowość położona jest jakby w zapadłym kraterze ogromnego wulkanu; dookoła góry – co ciekawe każde wzgórze – skaliste i suche – błyszczy innym kolorem. Od szarosrebrnego po brunatnoczerwony i pomarańczowy. Mieszkańcy wydają się też być mało boliwijscy – często się uśmiechają i chętnie konwersują, nawet nie znając słowa po angielsku. Naprawdę odpoczywamy po kilku tygodniach w kraju, w którym bez znajomości języka hiszpańskiego jest się tylko obcym – gringo, którego się w najlepszym wypadku ignoruje. Odpoczywamy też od wszechobecnego kurczaka z ryżem i makaronem – pałaszujemy milanezę, czyli kotlet po parysku, nawet narodowe saltenie – smażone pierogi – smakują wybornie. W Tupizie ludzie wydają się być mniej nerwowi niż górale z Altiplano, przesiadujemy na lokalnym rynku, racząc się senną atmosferą. Tylko popołudniami spokój miasta zakłóca wojskowa orkiestra, która werblami i trąbkami torturuje całe miasto, przypominając o tym, że Boliwia wciąż nie może zapomnieć przegranej ponad sto lat temu wojny z Chile i utraconego dostępu do oceanu. Jak się dowiadujemy, konflikt narasta i w 2015 roku Boliwia ma zamiar odgrodzić podziemną rzekę pod Andami, która dostarcza wodę do suchych rejonów pustyni Atacama. To pewnie nie przejdzie bez interwencji Chile – bogatego i uzbrojonego po zęby sąsiada. Dlatego wojskowe werble brzmią wyjątkowo złowieszczo w Tupizie.

Żal i frustracja panują w Boliwii – do Hiszpanów, którzy zniszczyli bezpowrotnie inkaską kulturę i wywieźli srebro i surowce do Madrytu. Trudno policzyć, ile milionów rdzennych mieszkańców zginęło pod rządami z Europy. Ale Boliwia ma żal też do sąsiadów, którzy bezwzględnie podgryzali państwo z każdej strony, zabierając czy to wybrzeże, czy bogate w surowce góry czy urodzajną puszczę. Mieszkańcy są źli na władzę; dlatego może tradycyjnie co dwa-trzy lata w La Paz jest nowy rząd i prezydent. Boliwijczycy są źli na Stany Zjednoczone, które w antynarkotykowej obsesji zniszczyły lokalne uprawy koki i miliony ludzi pozostawiły na granicy ubóstwa. Można mieć też żal do natury, która tak srogo się rozprawia z dawnym krajem inków – a to trzęsienie ziemi, a to powódź na nizinach, a jak nie katastrofy naturalne, to konieczność wyżycia na ubogim i mroźnym płaskowyżu (do wyboru jest jeszcze urodzajna dżungla, ale za to pełna komarów i malarii). Złość i żal jest więc chyba jedynym elementem tożsamości narodowej, tak pracowicie budowanej przez ponad 180 lat niepodległości. Chyba że górnicy w Potosi dokopią się do nowej góry złota i nagle cały naród stanie się drugą Norwegią. Trzymam kciuki.
Żegnamy się z Tupizą w miejscu legendarnym dla całej Boliwii: na dworcu autobusowym. Boliwijski dworzec autobusowy to instytucja i osobna historia; „a Potosiiii a Potosiii”, „Villazoooon, Villazooon”, „Bueeeenos Aireeees” – sprzedawczynie biletów przekrzykują się i walczą o klienta d ostatniej krwi; zadziwiają nazwy przedziwnych firemek transportowych. Od Bambo-bus, Imperial Villa po Jan Paweł II Przedsiębiorstwo Transportowe. Autobusy są przedziwne, raczej stare i rozsypujące się, przeważnie z Jezusem czy Matką Boską wymalowaną na karoserii. W środku też pobożnie – zauważyliśmy, że im więcej pobożnych obrazków i haseł „Jezus Twoją Drogą”wymalowanych złotymi literami na szybie tym gorszy stan techniczny pojazdu.  W Boliwii metafizyka i prawa fizyki się uzupełniają. Ale na dworcach autobusowych najważniejsi są ludzie – od zwykłych pasażerów po rodziny targające tony towarów (kontrabanda do Argentyny), po psy śpiące na środku korytarzów i pod ławkami. Będzie nam też brakowało wszechobecnego zaplecza żywieniowego – kukurydzy dmuchanej, ziemniaków w tysiącach postaci, galaretek w kubeczkach i napojów w torebkach foliowych. Wszystko to sprzedawane przez korpulentne kobiety wychwalające swoje produkty śpiewnym hiszpańskim dialektem, w nieokreślonym wieku, z ogorzałymi twarzami i obowiązkowymi czarnymi warkoczykami, ubranymi chyba w pięć spódnic i fartuchów na raz. Na granicy celnik wbija pieczątkę, uśmiecha się i mówi łamaną angielszczyzną „have a nice trip senior”. Boliwia jest krajem trudnym i wymagającym, ale gdy odpoczniemy od wszystkich niedogodności Boliwii, chyba zaczniemy za nią tęsknić.
Alturysta_tuP1

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s