Psy, krzyże i samogon

Niedziela Palmowa w San Jose.

Do San Jose dotarliśmy pociągiem śmierci. Tak bowiem nazywa się szlak kolejowy z Santa Cruz do granicy Brazylii, którym kiedyś wożono ofiary żółtej febry. Podróż trwała 8 godzin, a pociąg jechał trochę jak wrocławski tramwaj; więcej na boki niż do przodu. Do tego należy dodać kilkadziesiąt sprzedawczyń jedzenia, które pielgrzymowały po pięciu wagonach składu tam i z powrotem, krzycząc nad uszami podróżnych: jugo maranja (sok pomarańczowy), salteniaaa (boliwijskie smażone pierogi), czy papaaa releeenaa (lokalna wersja placków ziemniaczanych). Dlatego po ośmiu godzinach wysiedliśmy w prowincjonalnym San Jose ledwo żywi. Zatem nazwa „pociąg śmierci” nie była na darmo. San Jose znane jest jako jedno miejsce będące elementem zespołu jezuickich misji – przyczółków hiszpańskiej kolonizacji. Okazała się to być urocza wioska z trzema gospodami, paroma sklepami, dwiema przenośnymi ruletkami i wypasionym jezuickim gmachem. Posiadłość kościelna zajmowała jeden bok głównego placu miejscowośc. Weszliśmy do pięknego, drewnianego kościoła. Odprawiana była właśnie msza; a prowadzący był w wieku wzbudzającym podejrzenie, że znał Krzysztofa Kolumba. Większość wiernych już usnęła, tylko my i lokalny żebrak obserwowaliśmy wydarzenie czujnie. W bocznej nawie właśnie wystawiono ludzkiej wielkości figurę Chrystusa na drewnianym osiołku. Osioł miał nogi na kółkach, co znaczyło, że cała figura powędruje nazajutrz – w Niedzielę Palmową w procesji. Uwagę żebraka przykuwał błąkający się dookoła bezdomny pies, który widocznie się zakochał w osiołku od pierwszego wejrzenia i tą miłość chciał natychmiast skonsumować. Żebrak więc bronił godności figury bożej oganiając figurę od psa, tupiąc i sycząc. Następnego dnia procesja uformowała się przy siedzibie lokalnej partii socjalistycznej, ten sam wiekowy ksiądz pokropił palmy (prawdziwe palmy, nie jakieś tam wierzbowe bazie) i ruszyliśmy. Panów Jezusów było czterech: jeden drewniany na osiołku, drugi złocony na sztandarze, trzeci w formie niemowlęcej, ubrany w białe ciuszki i niesiony przez wiernych na ramionach i czwarty, ubrany w purpurową szatę i cierniową koronę i niosący krzyż (zapewne aktor, którego rola przypadnie w następny piątek). Przy dźwiękach gitary i miejscowych pieśni procesja przeszła do kościoła, po czym po paru minutach wszystkie figury wyszły na zewnątrz i kontynuowały marsz – tym razem dookoła wsi; aż po cmentarz i jedyny we wsi sklep z pieczonymi kurczakami.

Alturysta_Sucre alt 0

Maszerowała cała wioska, włączając istoty dwunożne i czworonożne; miejscowe psy skorzystały ze świetnej okazji by sobie poszczekać, powarczeć na siebie a nawet potarmosić. Cała impreza skończyła się po godzinie, kiedy wierni rozeszli się do odpustowych kramików i stoisk z jedzeniem. Chwilę później spadł kolejny tropikalny deszcz, który ani na chwilę nie przyniósł ulgi, ale przynajmniej zmył kurz i brud z nieutwardzonych dróg miasta. Na nas też przyszła pora – za parę dni trzeba dotrzeć do Sucre; religijnego centrum Boliwii.

Ukrzyżowanie dla dzieci i dorosłych.

Sucre jest prawdziwą stolicą Boliwii, tak przynajmniej pisze ichniejsza konstytucja. Dla nas jednak to miasto wyglądało bardziej na powiatowe niż na stoliczne. W piątek rano zaczęło się pierwsze krzyżowanie; tym bardziej szokujące że odgrywane przez dzieci. Trafiliśmy już na sam koniec przedstawienia; Pan Jezus w wieku około dziesięciu lat, z domalowaną brodą właśnie był przybijany do krzyża.

Alturysta_Sucre alt

Mimo skupienia katechetek, zakonników i pobożnych mamuś, dzieci pozostały dziećmi i wybuchnęły śmiechem, gdy Pan Jezus zawisnął na krzyżu niezbyt profesjonalnie; korona się przekrzywiła i szata się komicznie ułożyła. Spontaniczne reakcje zostały jednak uciszone przez syczące katechetki. Wieczorem byliśmy świadkami innego ukrzyżowania, tym razem wykonywanego przez parafialną młodzież. Pierwsza stacja „skazanie Pana Jezusa na śmierć” został wybudowana w uliczce adwokatów i prokuratorów, nie wiemy czy pozostałe lokalizacje były tak trafnie dobrane, bo po dwóch stacjach i demonstracji brutalności mieliśmy dosyć. Młodzież bowiem z lubością odtwarzała w okrutnym realizmie sceny, włączając kopanie, popychanie i lżenie aktora grającego Chrystusa.

Alturysta_Sucre alt2

Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie powszechnej wesołości, śmiały się nawet Matka Boska i Maria Magdalena, oczywiście wtedy, kiedy scenariusz nie podpowiadał im płaczu i zawodzenia. Sterujący wydarzeniem zakonnik nie miał chyba pojęcia jak tragikomicznie może wyglądać całe widowisko, nawet tego nie widział, bo jechał za Chrystusem niosącym krzyż w samochodzie z megafonem.

Wielka Sobota bez zakupów.

W Wielką Sobotę nie zauważyliśmy nic specjalnego oprócz tradycyjnych obrzędów odprawianych w kościele. Byliśmy poza tym pochłonięci – polskim zwyczajem – świątecznymi zakupami. A tu klęska, bo nie ma ani porządnego majonezu, chrzanu, nie wspominając o białej kiełbasie i żurku. Jajka są, ale wszystkie cebule obrane ze skórek, przez co o malowaniu nie ma mowy. Kluczyliśmy tak w pustym supermarkecie i … no właśnie, rozejrzeliśmy się dookoła i nie znaleźliśmy żadnej innej osoby tak pojętej przygotowywaniem jedzenia jak my. Boliwijczycy są narodem ogólnie wyluzowanym, kto by się tam przejmował zakupami wielkanocnymi! Kto tam słyszał o chodzeniu ze święconką? Staliśmy tak z pełnym koszykiem w pustym sklepie i zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo nasza polska tradycja oddaliła się od świętowania a przybliżyła do zwykłego obżarstwa.

Niedzielny Samogon.

Wczesnym popołudniem udaliśmy się na klasztorny plac Recoleta, miejsce – jak nas poinformowano – miejscowi świętują Wielkanoc. Skwer jest położony wybornie – widać z niego całe Sucre jak i otaczające je góry. Na tym jednak się skończyły zachwyty, gdyż musieliśmy zatkać nosy. Nad całym przyklasztornym placykiem wisiał okropny smród zepsutych jajek i sfermentowanego alkoholu. Na placu siedzieli górale Aymara i popijali resztki alkoholu z buteleczek zagryzając kolejną porcją koki. Oczka mieli małe, a chód niepewny, z czego wynikało że impreza trwa już od rannej Rezurekcji. Odór rozciągał się z jednej ściany kościoła, na którym rozbito kilkaset jajek – też pewnie jakaś tradycja, no a wszędzie widać było ślady po rozlanym samogonie – zwyczaju aymarskim, który dobrze się wkomponował w wielkanocną tradycję (żeby udobruchać dobre duchy, trzeba wylać trochę alkoholu na ziemię, a resztę wypić).

Alturysta_Sucre alt 3

Święta święta i po świętach.

Można powiedzieć, że się nam udało zobaczyć cały wachlarz zwyczajów; od szczerej, aczkolwiek przerysowanej, procesji w San Jose do zwyczajów mających więcej wspólnego z Matką Ziemią Pachamamą niż z Jezusem Chrystusem. Ale może to dobrze, gdy święta zbliżają religie niż gdy je antagonizują?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s