W poszukiwaniu Pachamamy

La Paz wydaje się być miastem diabolicznym. Zaczynając od lokalizacji; inne miasta budowano na wzgórzach (najlepiej 7, jak Barcelonę, Lisbonę czy Kielce), albo w dolinie rzeki. La Paz powstało w czeluściach, w kanionie prawie kilometrowej głębokości. Wszystko jest tu tez na odwrót, niż gdzie indziej. Inaczej niż w innych miastach rozkładają się dzielnice ‚bogate’ i ‚biedne’. Im wyżej, tym biedniej, tym mroźniej w lipcu i tym wietrzniej. Najbogatsi mieszkają na samym dole doliny, w luksusowej dzielnicy Miraflores. Diabelskie się wydają czarne meloniki noszone przez miejscowe kobiety; mimo iż to stolica, to ludowe stroje są popularne. No i w co niektórych sklepach widać diabelskie maski, przygotowywane na święto karnawału, które niczym wenecki karnawał są demonstracją hedonizmu w ultrakatolickim kraju. „La Diablada” to boliwiański taniec, w którym tancerze w diabelskich maskach walczą ze świętym Michałem Archaniołem, który ostatecznie zwycięża zło. Diabeł jest czczony w licznych boliwijskich kopalniach, od Oruro po Potosi. Według tutejszych górników, Bóg włada na powierzchni ziemi, natomiast diabeł jest panem kopalnianych czeluści.
Jest w La Paz też prawdziwy targ czarownic, do którego udaliśmy się w poszukiwaniu figurki Pachamamy. Nie jesteśmy specjalnie religijni, ani przesądni, ale miejscowi mówią, że szczęście w podróży przynosi talizman właśnie Pachamamy – Matki Ziemi. Szczęście nam na razie dopisuje, zdążamy na autobusy, które nawet nie łapią gumy i dojeżdżają na czas, toalety są działające, a dzieci siedzące zawsze dookoła nas w autobusach nawet nie wrzeszczą tak donośnie jak małe Dżesiki i Andżeliki w samolotach Ryanaira. Problem jest z kierowcami i drogami w Boliwii. Otóż podobno tylko 4% dróg jest asfaltowych, a 20% jest przejezdna przez cały rok. Dodajmy do tego nadzwyczajną górzystość terenu, przepaście i serpentyny. No i weźmy pod uwagę boliwijski styl jazdy, w którym wyprzedzanie na trzeciego jest normalnym zachowaniem, zakręty najlepiej pokonuje się po zewnętrznej krawędzi i ponadto kierowcy są tak pobożni, że żegnają się przed każdym neibezpiecznym skrętem. To oznacza, że w kluczowym momencie trzymają kierownicę jedną rękę. Biorąc pod uwagę powyższe argumenty postanowiliśmy jednak nabyć amulet Pachamamy, na wszelki wypadek.
Długo trwało szukanie figurki Matki Ziemi i z każdym sklepem byliśmy coraz bardziej zrezygnowani. Bo tutaj pani wskazuje dwa breloczki z niebieskimi spiralami i interpretuje je jako Pachamama, gdzie indziej pani mówi, że chwilowo Matki Ziemi zabrakło, ale ma Keke, bożka wesołości i zabawy – tak jak Budda, tylko z cygarem i słodyczmi. Inni od razu mają komplet figurek – Pachamama i Pachatata, z erotycznymi atrybutami, chociaż za bardzo nie potrafią wyjaśnić po co Tato Ziemia do kompletu (w promocji). W końcu postanawiamy udać się do specjalistek – na lapaski targ czarownic.

alt witches 0

Małe kramiki są rozstawione w żydowskiej części starego miasta i mieszają się ze sklepami, w których można nabyć goretexowe kurtki renomowanych firm w podejrzanie niskich cenach. Kramiki są małe i wyglądają jak odpustowe sklepiki. Asortyment różny, wszakże ludzkie troski są różne. Są talerzyki z ofiarnymi rekwizytami, których spalenie zapewni pomyślność, zdrowie i pieniądze.

alt witches 2

Są całe półki herbatek na wszystkie dolegliwości świata. Są znane już nam z Copacabany suszone płody lam na odgonienie złego ducha.

alt witches

Widzimy zasuszone rozgwiazdy, ropuchy i mumie innych zwierząt, których nie potrafimy rozpoznać . W rogu sklepiku troche przerażająca ekspozycja rekwizytów do czarnej magii; świeczki w kształcie czasek, małe trumienki, no i modele penisów do spalenia (żebby sąsiadowi się nie powodziło). Czarownica siedzi w  środku sklepiku i jest zajęta oglądając kolejną boliwijską operę mydlaną. Na pytanie o Pachamame odrywa się z niechęcią i wskazuje koszyk, w którym pełno trójgłowych figurek. Obok napis wskazuje, że tym razem nie mamy o czynienia z oszustwem: „Pachamama – szczęście w życiu i podróży”. Kupujemy i trzaskamy fotografię sklepiku. („No foto!” burczy czarwonica, po czym słyszymy krótką frazę wypowiedzianą po hiszpańsku. „Pisali w przewodniku, żeby nie robić zdjęć, bo rzucają klątwę” – komentuję i się śmiejemy. Po pół minucie klątwa się realizuje, bo wdeptuję w ponadnormalnej wielkości psią kupę i wiem, że nie warto żartować z czarownic. Ściskamy w ręku Pachamamę niczym Maryla Rodowicz zielony kamyk i udajemy się w dalszą drogę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s