Droga do Iquitos

Najdłuższa i najpotężniejsza rzeka świata – Amazonka zazdrośnie chroni swoich skarbów. Po siedemnastu godzinach jazdy autobusem przemierzamy drogę Lima – Pucallpa bez większych przygód. Przez pewien czas mieliśmy w autobusie partyzanta z karabinem, który dobrowolnie (za „co łaska”) służył za ochroniarza przez ponoć najbardziej bandycki odcinek. Coż, to ponoć dziki zachód i nawet partyzant z kałachem nie dziwi. W paru miejscach asfaltowa droga znikała, zerwana przez powódź i cały autobus z zapartym tchem patrzył jak kierowca balansuje na gruntowej drodze wiszącej nad skrajem przepaści. Pucallpa była gorąca i głośna; w mieście nie było prawie wcale samochodów, dominowały za to motocykle i motorowe ryksze, które generowały hałas nieziemski.
W porcie na rzece Ukayali czekał na nas statek Henry I, który – według zapewnień bosmana – miał odpływać do Iquitos już za dwie godziny.

Alturysta_DSCN9798

Pośpieszyliśmy się zatem i w półtora godziny po zakupach, gotowi do podróży byliśmy zakwaterowani na pokładzie, podekscytowani czekającą nas podróżą. Po dwudziestu siedmiu godzinach czekania na rozpoczęcie rejsu byliśmy już trochę mniej rozemocjonowani.

Pokład pasażerski się zapełnił szybko, hamaki do spania rozwieszone, bagaże rozstawione, natomiast trzy pozostałe pokłady wypełniały się różnorodnymi towarami; od trzech samochodów z mrożonkami, poprzez styropian, proszek do prania, banany, parę lodówek, oraz całe palety plastikowych wieszaków na ubrania. Prawie jak w „Lokomotywie” Tuwima.

Alturysta_DSCN9890

Iquitos, prawie półmilionowa aglomeracja w środku amazońskiej dżungli nie jest połączona ze światem żadną drogą. Wszystkie towary trafiają albo rzeką Ukayali z Pucallpy, albo są transportowane samolotami.
Tymczasem na wybrzeżu zmiana, tragarze skończyli swoją mrówczą pracę i zaczęli ustawiać się w kolejce po zapłatę, a Henry I z całym dobytkiem ruszył w drogę. Nam pozostało tylko czekanie. Można było obserwować zmieniający się krajobraz; od brudnego przemysłu Pucallpy po dzikie rozlewiska, nad którymi krążyły sępy, aż po gęstą dżunglę pod koniec. Mijaliśmy miasteczka, a także małe wioski, przy których statek się nie zatrzymywał, tylko mała łódka z motorkiem dowoziła i odwoziła pasażerów. I tak przez następne 3 doby toczyliśmy się po wodach Ukayali, a potem i Amazonki. Krajobraz za oknem był jednak tylko tłem do wydarzeń na statku. A tutaj rozgrywały się historie codzienne i niecodzienne. Obok nas studenci wracali po semestrze w Limie na wakacje do domu. Obok miała swoje królestwo pani Balwina z wnuczkiem, otoczona dziewięcioma ogromnymi torbami (zapewnie towary na handel). Specjalną troską pani Balwiny były 2 kilogramy marchewki i cebuli, magazynowane w specjalnej misce i dwa razy dziennie przeglądane, gnijące części wycinane, a cała reszta wywracana po raz setny i suszona.

Alturysta_DSCN0061

Kawałek dalej biednie wyglądające starsze małżeństwo  wiozło do Iquitos obrusy i haftowane chusty; po drodze haftując kolejne arcydzieła. Spotkaliśmy ich potem w Iquitos na deptaku, kiedy kluczyli próbując się schować przed policją czatującą na nielegalnych handlarzy. My najbardziej zakolegowaliśmy się z Argentynką, pięćdziesięciolatką po rozwodzie, od kilku miesięcy podróżującą po Ameryce, i z kolumbijskim studentem wracającym przez Iquitos na wakacje do rodziców w amazońskiej Letucii. Groźnie i tajemniczo prezentował się pan spędzający cały dzień w hamaku i czytający książkę „Diabeł mieszka w Watykanie”, wieczorem oglądający na komputerze przemówienia jakiś nawiedzonych egzorcystów.
Dni na statku były podobne do siebie i podporządkowane statkowemu rozkładowi. Wczesna pobudka, prawie ‚z kurami’, śniadanie składające się z bułek z mięsem albo serem i dziwną rzadką owsianką. Około 10tej obserwowaliśmy skubanie dopiero co zarżniętych kurczaków, które dwie godziny później były nam podawane, razem z ryżem i bananem (specjalny gatunek przypominający po ugotowaniu w smaku ziemniak).

Alturysta_DSCN9880

Potem czas toalety; woda w prysznicu była wodą z rzeki; ciepłą ale podejrzanie mulistą i żółtą. Po pierwszym razie dało się i do tego przywyknąć. A potem spacery, dyskusje (głównie w języku migowym) z współtowarzyszami podróży i obserwowanie wolno przesuwającego się krajobrazu.
Żegnaliśmy się po 3 dniach prawie jakbyśmy razem płynęli pół roku; uściskom i serdecznościowm nie było końca. Tymczasem pojawiły sie pierwsze zabudowania Iquitos, hamaki zostały złożone, bagaże pozbierane i przeliczone, dopłynęliśmy do Iquitos, w serce Amazonki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s